25.11.2018

Od Cassian'a CD Raven

Wszystko działo się szybko, w jednej chwili stałem pod ostrzem, a w drugiej sam trzymałem jeden w dłoni. Dziewczyna najwyraźniej postanowiła mi zaufać, patrząc na sytuacje byłem jak kula u nogi. Nigdy nie uczyłem się walki w ręcz, nie umiałem posługiwać się ostrzami czy też inną bronią. Przypatrywałem się mu przez parę sekund jak głupi, który pierwszy raz widział taką rzecz próbując wymyślić do czego może służyć. Nagle na dziewczynę skoczył demon, jednak zdążyła zrobić unik. Bez chwili zastanowienia zaczęła walkę z grupą potworów, wyglądało na to, że to nie pierwszy raz, kiedy trafiła w taką sytuację.
W czasie ataku odskoczyłem na bok, nie chcąc wchodzić łowczyni w paradę, a sam myślałem na inny sposób pozbycia stworów, nie były to pierwsze lepsze demony, było widać, że przeżyły już swoje i miały jakieś doświadczenie, co nie było dobrymi wiadomościami. Daleko było mi do znawcy, ale po latach podróży zawsze coś obije się o uszy, zazwyczaj niepotrzebne plotki, ale czasami złote rybki typu oszalałe demony grasujące po miasteczku oraz odważnej personie, która potrafiła je powalić. Czasami nawet i jak poszła walka oraz zakończenie było dodane do opowieści. Na siłę próbowałem sobie przypomnieć jakąkolwiek rozmowę związane z demonami albo jak pozbyć się potworów które żyją w ciemności. Ciemności…no tak, najprostsza odpowiedź do trudnego pytania zawsze jest tuż pod nosem, dlatego często je mijamy. Westchnąłem, mając wielką chęć uderzyć się w czoło za spędzenie tyle czasu na niepotrzebne myślenie. A mówiąc o niepotrzebnym myśleniu, musiałem szybko zacząć działać, wiedziałem co miało być zrobione. Jako demony były urodzonymi dziećmi ciemności, ich naturalnym wrogiem byłoby światło. Najlepszym sposobem byłoby znaleźć kontakt do światła w hali, jednak nie gwarantowało to skutku, skoro nie wiedzieliśmy – a przynajmniej ja – jak potężne były te cienie, dlatego też sięgnięcie po magię wydawało mi się bardziej rozsądne.
Z paniką zacząłem przeszukiwać wszystkie kieszenie w płaszczu, licząc na któryś z kamieni ochronnych, lub chociaż talizman, coś, żeby oświetlić pomieszczenie. Jednak jedyne co znalazłem był notatnik z ołówkiem w jednej w dziur, które były skutkiem tych wszystkich lat, które go trzymałem. Ostatnim wyjściem były runy. Spojrzałem w stronę walczącej dziewczyny, która po zabiciu parunastu demonów zaczynała wyglądać na zmęczoną. Nie chcąc kazać jej czekać ani chwili dłużej, otworzyłem na pierwszej pustej stronie i zacząłem pisać zaklęcie, mając nadzieje, że przypadkiem nie popełnię błędu. Używanie magii run zawsze było ryzykowne, jedno niedociągnięcie i zaklęcie może zmienić się na zupełne inne, co nigdy nie wróżyło nic dobrego. Kiedy skończyłem, odłożyłem ołówek w zapomniane i za razem palcem zacząłem śledzić litery jedną po drugiej, w tym samym czasie wymawiając zaklęcie. Po wypowiedzeniu ostatniego słowa, odskoczyłem od zeszytu, nie będąc do końca pewien, co się spodziewać. Co prawda zaklęcie miało oświetlić pomieszczenie, jednak nie było powiedziane czy przypadkiem źródłem tego światła mógł być ogień. Kiedy wpadłem na pomysł, żeby lepiej uprzedzić dziewczynę, było już za późno. Pomieszczenie wypełniło oślepiające światło, sam musiałem się odwrócić. Wszędzie było słychać piski demonów, które coraz bardziej się oddalały, co oznaczało jedno, że zaklęcie zadziałało. Po paru minutach, błysk zaczął tracić swoją moc, aż po chwili ponownie nastał mrok. Dookoła nie było ani śladu po wrogach, mogły uciec albo nawet i spalić się przy świetle.
-Uuu…to było coś. - zdziwiony dobrym skutkiem zaklęcia wyszeptałem, przecierając oczy. Kiedy wzrok ponownie przyzwyczaił się do otoczenia, zacząłem rozglądać się za dziewczyną. Szybkim krokiem podszedłem do niej, kiedy mnie zauważyła wyglądała jakby chciała coś powiedzieć. Postanowiłem jednak jako pierwszy zacząć rozmowę, mając nadzieje, że tym razem pójdzie lepiej.
-Nie ma za co. A tak przy okazji, jestem Cassian. – powiedziałem, oddając jej sztylet, który czarnowłosa przyjęła od razu.
-Dzięki, ja Raven. – po schowaniu broni na swoje miejsce, zaczęła rozglądać się niepewnie po sali. Sam nie czułem się przekonany czy przypadkiem nie chowa się w tej ciemności parę ostałych demonów, dlatego też musieliśmy wynieść się z miejsca jak najszybciej.
-Musimy stąd iść. Parę budynków stąd mam mieszkanie, może tam mi wytłumaczysz w co właściwie się wplątałem.

<Raven? Przepraszam, że tak długo czasu ;-; >

23.11.2018

Od Rayan'a CD Azero

Kompletnie mnie wmurowało. Chociaż chyba powinienem być gotowym na taką propozycję z ust tego konkretnego demona. Mimo to udało jej się mnie zaskoczyć. Gatunki raczej od siebie stronią. Wiedziałem że będę miał z nią kłopoty. Przecież już łażę za nią jak pies,  a co będzie gdy ona zostanie u mnie na noc.
Nie mów tego idioto! - wrzeszczał mój zdrowy rozsądek. Ale bądźmy szczerzy mężczyźni w takiej sytuacji, a zwłaszcza wilkołaki kneblują swój rozsądek i robią choćby tylko na złość wręcz przeciwnie. Więc tak zupełnie nie myśląc o późniejszych konsekwencjach powiedziałem rzecz za którą kiedyś będę smażył się w piekle
- Jeżeli uważasz mnie za zaufaną osobę, mój dom stoi otworem - wypaliłem lekko uśmiechając się do własnych mało przyzwoitych myśli. - przecież to tak poniekąd przeze mnie twój dom zmienił się w ruinę. Druga sprawa to jestem ci coś winien.
- Dziękuje - powiedziała, uśmiechając się uroczo. To właśnie przez ten uśmiech nie można o niej zapomnieć.
- Zamówić ci coś? - spytałem kiedy drink dziewczyny był prawie dopity. I nie czekając na odpowiedz skierowałem się do jednej z kelnerek - słoneczko dla tej pani to samo. Piwo macie w butelkach czy nalewane? - dopytałem choć wiedziałem jaka będzie odpowiedz
- Nalewane - odpowiedziała od razu, potwierdzając moje obawy. Nie lubiłem nalewanego piwa, bary aby zaoszczędzić przybrały technikę naszych europejskich sąsiadów. I jak przystało na chrześcijański naród chrzczą ile wlezie.
- To podaj mi słoneczko dwie martini - dziewczyna sprawnie zajęła się moim zamówieniem. A ja na nowo spojrzałem na swoją towarzyszkę - I czego dowiedziałaś się od Felixa? - dopytałem
- Właściwie niczego - odparła wzruszając ramionami - powiedział to co już sama wiedziałam
- Znaczy? - dociekałem
- Felix ma głęboko gdzieś sojusze i sam nie będzie w żadne się angażował. - powiedziała - Uważa również że będą chcieli osłabić nasze siły więc wszyscy musimy na siebie uważać.
- Łowcy... - zauważyłem, przerywając na chwile gdy kelnerka podeszła aby postawić zamówione drinki. Zawartość jednej szklanki wypiłem na raz. - chyba tylko ich powinnaś się obawiać - dokończyłem myśl odstawiając szklankę.
- Na szczęście nie jest ich tak dużo ja chociaż by wiek temu. - skomentowała biorąc łyk drinka - jeszcze 100 lat, a łowcy będą wymarłym gatunkiem. Będzie można oglądać ich w zoo. Wiem co mowie kochanie.
100 lat to dla nas tyle co nic. To będą piękne czasy, a może w końcu wyjdziemy z cienia i weźmiemy to co od lat powinno należeć do nas. Jednak szczerze w to wątpiłem, nefilim jest jak plaga która nigdy się nie skończy. Musimy mieć tylko nadzieje że za 100 lat nagle nie zaobserwujemy wzrostu ich populacji. Skrzydlate świętoszki kręciły się, kręcą i kręcić się będą po naszym świecie. A to pierwszy krok do ich upadku. Jak to mówią pierwszy stopień do piekła. Przeżyłem tyle żeby wiedzieć że los lubi nas zaskakiwać. Weźmy na przykład II wojnę. Przecież wszyscy przekonani byli że Polska nie wygrzebie się po tym a tu proszę. Przeklęty, uparty naród, tak samo jest z nefilim zbyt uparci by umrzeć. Jeżeli przeżyje choć jeden który będzie pamiętał odrodzą się jak feniksy ale tego już nie powiedziałem na głos. Niech Azero sobie marzy o lepszym świecie, ja nie będę wyprowadzał ją z błędu.
- Wypiłaś? - spytałem wskazując podbródkiem na pusta szklankę. Sam dopiłem zawartość własnej. - szczerze mam ochotę napić się piwa.
- Nie możesz zamówić? - spytała zaskoczona
- Piwo w barach smakuje jak siki - skomentowałem, na co Azero wybuchła śmiechem.
Zdążyłem zapłacić za nasze zamówienia, a ona nadal płakała ze śmiechu
- I czego się śmiejesz - fuknąłem
- Skoro sądzisz że smakuje sikami musiałeś je próbować. Zdecydowanie muszę jeszcze wiele nauczyć się o wilkołakach.
- Choć już - ponagliłem łapiąc ją za rękę - no chyba że chcesz spać na dworze
- Aż tak zdesperowana nie jestem
Mimo to posłusznie poszła za mną. I chyba nie przeszkadzał jej fakt że nadal trzymam jej dłoń. I znów odezwał się ten idiotyczny głosik ostrzegający przed przyszłymi kłopotami.

< Azero?>       

21.11.2018

Od Alana Cd Zhavi'a

Tej nocy również ruszyłem na polowanie. Kręciłem się po mieście, przechodząc przy antykwariacie przystanąłem na chwile. Walcząc z samym sobą podszedłem do drzwi i nacisnąłem domofon. Już miałem odejść kiedy usłyszałem ciche kliknięcie
- Słucham? - usłyszałem zaspany głos pana Collinsa
- To ja Alan - wypaliłem, zamilkłem na chwile aby zebrać myśli
- Wejdź chłopcze - wyznał mężczyzna i usłyszałem otwierane drzwi.
Wszedłem do środka mrużąc lekko oczy z powodu oślepiającego światła. Ruszyłem w górę po drewnianych schodach. Mieszkałem tu jakiś czas. Znałem zwyczaje pana Collinsa i wiedziałem gdzie mogę go szukać. Jednak tym razem nie był sam już na korytarzu usłyszałem kobiecy głos
- ... dziękuje naprawdę, ratuje mi Pan życie.
Nie spiesząc się wszedłem do salonu Collins w swoim zwyczaju siedział z ulubionym fotelu. Rudowłosa dziewczyna obejrzała się na mnie. Dopiero teraz ją rozpoznałem. Erika Fallen uśmiechnęła się lekko poprawiła książkę trzymaną w ręku.
- Jeszcze raz dziękuje - powiedziała - dobranoc
Poczekałem aż zamkną się drzwi.
- Często przychodzi - wyznał Collins - dobra dziewczyna
- Czytasz mi w myślach? - spytałem siadając na drugim fotelu
- Skąd, pracowałem z młodzieżą. - jak by te trzy słowa wyjaśniały wszystko, a może wyjaśniały? - Po co przyszedłeś? Chyba zabrałeś wszystkie rzeczy
- Pan doskonale zna mitologie prawda?
- Wykładałem mitologię grecką, rzymską, nordycką, egipską oraz podania słowiańskie na uniwersytecie. Więc tak coś tam się znam.
- Chciałem dowiedzieć się coś o bogini starości 
- Bóg starości - poprawił - nie ma bogini starości. Geras – w mitologii greckiej bóg i uosobienie starości, dziecko Nyks zrodzonym samodzielnie lub w wyniku związku z Erebem. Co do tego są różne zdania. Był przedstawiany jako mały, wysuszony starzec. Jego przeciwieństwem była Hebe, bogini młodości. Rzymskim odpowiednikiem Gerasa był Senectus. Znany jest przede wszystkim z przedstawień na wazonie, które pokazują go z Heraklesem. Mit, który...
- Dziękuje - przerwałem mu o swoich bogach potrafił mówić godzinami. Zaraz pewnie usłyszał bym kilka mitów. Geras powtórzyłem aby zapamiętać. To absurd że zacząłem szukać w mitologi, ale nagłe starzenie się ludzi nie pasowało mi do żadnego demona, a brak znaków rytualnych do czarownicy. - Pomogłeś mi, a teraz wybacz muszę już lecieć.
- Młodość - mruknął pod nosem Collins i chwycił za książkę która leżała obok niego na stoliku.
Jednak już go nie słuchałem. Ruszyłem prosto do "zamku". Uznałem że szybciej znajdę szczegóły w internecie, a może ktoś już spotkał się z bogiem starości. Nie spodziewałem się że ktoś będzie tam o tej porze dlatego zdziwił mnie odgłos dobiegający z sali treningowej. Chwilowo zapominając o Gerasie ruszyłem za odgłosem uderzania w worek.
- Nie spodziewałem się że kogoś tu zastane - wyznałem 

< Zhavi'a >

Od Alana CD Isleen

Siedziałem bez sensu i jak idiota wpatrywałem się w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą siedziała dziewczyna. Los jest nie przewidywalny. Kto mógł by się spodziewać z takiego obrotu sprawy. Kto mógł by się spodziewać że Leen sprawi, że zapragnę zostać w jednym miejscu, że będę czuł się jak w domu. Uśmiechnąłem się do siebie. Może w końcu wszystko zacznie się układać? Może w końcu będę mógł dać sobie spokój z sabatem. Jutrzejszy dzień będzie początkiem nowego życia. I zdecydowanie muszę zaprosić ją na randkę.
Wstałem z kanapy przeciągając się, spojrzałem na zegarek na wyświetlaczu. Było późno, cicho by nie obudzić Leen wstałem i podszedłem do okna. Otworzyłem je i zapaliłem papierosa. Przyglądałem się ludziom, turystom z różnych krańców świata. Roześmianym nastolatkom, którzy zapewne w planach mają wkręcenie się do jakiegoś klubu. I nawet tu można było dostrzec wampiry, czy demony czające się na nieostrożnych.
Mój instynkt łowcy kazał mi wyjść i zapolować. Westchnąłem cicho, dopaliłem papierosa i zamknąłem okno. Następnie cicho skierowałem się do pokoju. Usiadłem na łóżko wykrzesałem z palców ogień i zacząłem swój wieczorny rytuał. Jak zawsze zacząłem kartkować, stary, zniszczony dziennik mojego ojca, z którym nigdy się nie rozstawałem. Spojrzałem na swoją rodzinną fotografię przyklejoną do okładki. Sam już nie wiedziałem czy powinienem dalej ścigać Sabat. Czy właśnie tego by chcieli? Zamknąłem dziennik i schowałem go do kieszeni kurtki. Ściągnąłem koszulkę i walnąłem się do łóżka wpatrując się w sufit.
- Nie wywiązujesz się z umowy Alanie Hunter, potomku Salomona mój synu. - zagrzmiał głos Beleta. Rozejrzałem się dookoła gotowy na spotkanie twarzą w twarz z upadłym. Lecz pokój był pusty. A głos dobiegał jak by zewsząd.
- Nie określiłeś się czasowo - zauważyłem - chcę przypomnieć że nie mamy żadnego spisu z którego mógł bym skorzystać.
- Nie zapominaj że mój ogar nadal jest na moje polecenie. - powiedział nakładając naciska na mój i moje. - chce zobaczyć że wywiązujesz się z umowy
W uszach nadal brzmiało mi ostatnie słów. Jak oblany zimną wodą zerwałem się z łóżka. Było gorąco jak w saunie i wiedziałem że sam wywołałem ten stan. Wyciągnąłem telefon i spojrzałem na zegarek, nie minęło dłużej niż 5 minut. Wiedziałem że już nie zasnę. Po głowie kotłowały mi się pojedyncze słowa: umowa, ogar, polecenia. 
Sięgnąłem po koszulkę i wciągnąłem ją na siebie. Musiałem wyjść na zewnątrz.
- Ortros - szepnąłem, ale ogar się nie poruszył, a byłem pewien że słyszałem jak układa się przy łóżku.
Wyszedłem z pokoju i zacząłem poszukiwania ogara. Te trzy słowa brzmiące w głowie również nie pomagały.
Mój nie pokój rósł z każdym przeszukanym pomieszczeniem. Stanąłem przed drzwiami Leen jedynym pomieszczeniem w którym nie szukałem. Zawahałem się chwile i cicho zapukałem do drzwi. Dziewczyna zapewne spała więc nie czekając na odpowiedź złapałem za klamkę i uchyliłem je lekko.
- Leen? - szepnąłem dziewczyna podskoczyła na łóżku, a Ortros spojrzał swoimi czerwonymi ślepiami w drzwi. - myślałem że śpi... Co to? - spytałem wskazując na kartkę i przedmiot który dziewczyna trzymała w dłoni.
< Leen?> 

17.11.2018

GRA Od Sam do Rayan'a

To było przerażające. Wszystko stało się tak nagle. Najpierw ta dziwna energia z rana, która przeszła przez miasto. To mogło znaczyć tylko jedno- Sabat Ofiarny. Chyba nikogo nie zdziwiło ,że ukazał się w Halloween. Pospiesznie się ubrałam i stanęłam przed lustrem czesząc się. Na tafli szkła pojawiły się czerwone litery.
,,Ani mi się wasz w to wtrącać, będę za 10 minut masz być w swoim pokoju"
Wiadomość od siostry sprawiła ,że równo po 2 minutach wybiegłam z domu i w ostatniej chwili wsiadłam do metra z telefonem przy uchu. W jak najszybszym czasie dostałam się do ,,zamku" Blackwoodów, w którym jak mówiła Raven , czekali na mnie bliźniacy i... Erika. Okazało się ,że kiedy tu jechałam rudowłosa znalazła zwłoki. Trup leżał w salonie. I no cóż , nie wyglądał najlepiej. Jak się okazało był to wampir. Całe jego ciało pokrywały znaki, musiały zostać wyryte ostrzem, a trucizna sprawiła ,że rany po czarniały. Na ten widok serce zaczęło mi szaleć, a w głowie mi zawirowało. Widziałam te znaki, znałam je. Oczy zaszły mi łzami.
-musiał tam leżeć dobrych parę godzin- wtrąciła Erika. Przecząco pokręciłam głową.
- Wybacz Sam ale Erika ma racje, ile trupów w swoim życiu widziałaś?- poparł ją Roth, który odkąd przyjechałam dziwnie patrzył na dziewczynę, sprawiał wrażenie jakby jej obecność mu nie była na rękę i najchętniej by się  stąd wyrwał, jednak cały czas się przy niej kręcił.
Uklękłam przy nieżywym i lekko dotknęłam jednego ze znaku, jednak szybko cofnęłam rękę, czując w niej przeszywający ból, kiedy spojrzałam na dłoń okazało się ,że na palcach mam...popiół.
-Jest tutaj?- spytałam cicho Roth'a. nie wyczuwałam obecności.
-Nie -odparł wyraźnie podirytowany, w końcu jego dar by nam w tym momencie bardzo pomógł.
-Wiesz co to za znaki?- spytała Raven, odkąd przyjechałam odezwała się pierwszy raz. Skinęłam tylko głową i podpaliłam pęk ziół , który wyjęłam z torby, okadzając ciało. -A więc? I kiedy został zabity? Sam odpowiadaj na pytania!
Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
-Niecałą godzinę temu,- odparłam.
-To nie możliwe....
-Możliwe- przerwałam Roth'owi- ma przyśpieszony proces rozkładu. Za kilka godzin to zostanie z niego kupka popiołu- wyjaśniłam najspokojniej jak umiałam. Niestety przeszłość mnie dopadła i porywała w swe objęcia.
-Znaki- wtrąciła podirytowana Raven.
- Po co ktoś nałożył ten czar?-spytał Roth- no i kto?
- To raczej efekt uboczny znaków, dodatkowo ktoś może nie chciał aby został znaleziony, naprawdę nie mam pojęci.
-A więc kto?- syknęła Raven ale nim odpowiedziałam rozdzwonił się jej telefon który odebrała.
-Sabat ofiarny-odparłam ale raczej każdy się tego spodziewał, Raven tylko skinęła na znak ,że usłyszała i gdzieś poszła.
-A co to za znaki?
-nie mam pojęcia...
-Ale widziałaś już je?
-Niestety tak. Nie wiem co oznaczają i co dają. Ale to jakiś rytuał. Znaki nie są do końca czarownic. Muszą pochodzić z pierwszych ksiąg, które demony wręczyły czarownicom.
-A nie wspominałaś przypadkiem że zostały zniszczone.
-Najwidoczniej nie wszystkie, czarownice od wieków ich szukają, a może znalazły inny sposób.
-Gdzie je widziałaś?
-moja matka.....- zaczęłam ale huk drzwi mi przerwał.
-Kazałam ci zostać w domu- usłyszałam przeuroczy głos mojej siostry, jak ona w ogóle mnie tu znalazłam - nie mieszaj się w to , nie wystarczy ci to co się stało z naszą matką? To nie nasz problem, niech łowcy się tym zajmą.
-Sabat ofiarny jest naszym problemem , zresztą widziałaś te znaki, matka musiała je skądś wziąć, ona je znała.
-ona przez nie zginęła....
Zapadła cicha. Chyba pierwszy raz zabrakło mi słów.
-Sam, proszę...
I w tym momencie wróciła Raven
-Azero znalazła kolejnego, zaraz tu będzie- oznajmiła i zdziwiona zerknęła na Henriette, jednak niczego więcej nie powiedziała.
-Musimy im pomóc- powiedziałam cicho. Siostra westchnęła tylko i machnęła z pełną gracją ręką. Zwłoki  uniosły się. Buteleczka którą wyjęłam otworzyła się a jej zawartość wyleciała i otoczyła ciało. Henrietta cicho coś mruknęła pod nosem i opuściła dłoń.
-Zabezpieczone- oznajmiła
-To dobrze, zaraz będzie kolejne.
***
W taki sposób minęły nam kolejne godziny co chwila ktoś dochodził i doręczał nowe zwłoki, nie długo nie będzie gdzie ich trzymać. Dotarli już chyba wszyscy. I stała się rzecz najdziwniejsza. sabat Ofiarny się ujawnił i przekazał wiadomość. ,,Będzie jeszcze 20 ofiar, zanim skończą składać ofiary". Czemu to zrobili ,czyżby w coś z nami grali? Raven byłą już na granicy wytrzymałości.
Zhavia, Alex i Serafina gdzieś pojechały. A ja wdałam się w cicho dyskusje z siostrą. W końcu i tak wyszło na moim.
-Pojedziemy z Henriettą do domu- oznajmiłam Raven- znaczy tam gdzie kiedyś mieszkałyśmy. Pokręcimy się tam trochę ,poszukamy, może znajdziemy coś co matka  próbowała ukryć albo wręcz przeciwnie.
Raven skinęła tylko głową, a kiedy odchodziłam zawołała za mną.
-Niech Nik was tam przeniesie nie mamy czasu. Weście kogo wam trzeba i wróćcie jak najszybciej.
Skinęłam głową, Henrietta szybko sporządziła kadzidło które ochroni nas przed obcą mocą. W tym przypadku Nik'a.
-Możemy podskoczyć do Polski, może znajdziemy coś o sabacie  z Łysej Góry- powiedziałam cicho do Henrietty
-Nie bądź nie mądra, sabat z Łysej Góry nigdy nie istniał, w bajki wierzysz?
***
Wzięliśmy ze sobą Azero, Noemi i Gabbi'ego . Chciałam jeszcze zabrać Alana. Ale chyba lepiej będzie jeśli łowcy nie będą się rozdzielać to chyba oni są głównym celem.

* Historia czarownic

(napisano: 17.11.2018 /edytowane : 06.12.2018
czas następnego: 13.12.2018)

Ankieta 2

16.11.2018

GRA Od Zhavi Do Sam

Stałam na ganku z Raven oraz Serafina, byli tam jeszcze inni. Rozmawiali o tym, ile jest ofiar, czego się dowiedzieli. Praktycznie mieli już z każdej rasy ofiary.
- Brakuje im hybryd. - rzuciłam, a gdy reszta się na mnie spojrzała. To nieco mnie to przygasiło, odeszłam kawałek, aby im nie przeszkadzać.
Zaczęłam się, zastanawiać co chcieli bądź mógł planować sabat. Moje przemyślenia, przelałam na skupienie się na zapachach. Kiedyś mi opowiadała o tym przyjaciółka. Przecież nie raz, czy nie dwa, próbowałam ja znaleźć i za każdym razem się udawało.
Słyszałam jak dziewczyna, im opowiada o tym, co wie. Jednakże, Raven, wiedziała już wcześniej, iż była częścią ich zgromadzeń, jednakże to były lata temu.
Opowiadała im wszystko, analizowali to.. Jednakże to tak jakby była pułapka, a trupy tylko przedsmak tego, co ma nadejść. Najgorsze było to, że miałam obawę, iż to zamek będzie w centrum tego wszystkiego. Właśnie wtedy ponownie im przerwałam. Choć w sumie Raven była proszona do kogoś tam innego.
- Raven mam obawę, że to zamek będzie w centrum tego wszystkiego. Kolejne ofiary mogą być przypadkowe, żeby tylko łowcy byli sami. To oni na nas polują. Jesteśmy ich zwierzyną, to pułapka. - powiedziałam niemal wszystko na jednym oddechu. Dziewczyna jakby mi nie uwierzyła. Poszła, Serafina za to podeszła. Chciała mnie wesprzeć, jednakże wolałam to udowodnić, że mam rację.
Zaczęli rozmawiać. Każdy po kolei chciał powiedzieć, przez co mogłam ponownie skupić się na aromacie i czymś dziwnym. Nieco się od nich oddaliłam, po czym zobaczyłam jakąś kobietę, która właśnie rysowała symbol, na szyi jeszcze pół żywej ofiary. Moja bransoletka zamieniła się w bicz, po czym udało mi się ją złapać, oplatając wokół jej szyi kawałek bicza.
Chciałam zapytać, ale usłyszałam tylko, śmiech. Zawołałam przyjaciółkę.
- Serafina! - krzyknęłam. Kiedy dziewczyna przybiegła wraz z Raven, do tego słyszałam jeszcze inne głosy. Wiedźma wyparowała, na naszych oczach. Jednakże, gdy wskazałam na pół żywą ofiarę od razu do niej podeszli.
- Będzie jeszcze 20 ofiar, zanim skończą składać ofiary. - powiedziałam, wraz z kilkoma innymi osobami niemal w tym samym momencie. Spojrzałam na nich, tak jak i ja mieli zamglone oczy. Czyżby czary? Jednak coś się tu nie zgadzało.
- Raven, coś się tu nie zgadza. Ofiary to przynęta. My robimy za cel. - powiedziałam. Mimo to nie słuchała mnie, była zbyt zajęta czymś innym. Widziałam, że Serafina także się zgadza.
- To pojadę z Zhavia i Alexis poszukać czegoś o tym sabacie. - odezwała się Serafina.

(napisano: 02.11.2018\ edytowane 16.11.2018
czas następnego: 23.11.2018 )

12.11.2018

Od Azero CD Rayan

Już od dobrych 10 minut włóczyłam się po mieście, aż w końcu postanowiłam wejść do pierwszego lepszego baru. Oczywiście oprócz dwóch kelnerek cała reszta to mężczyźni, gdybym miała ochotę inaczej spędzić tą noc to na pewno bym nie miała problemu któregoś z nich stąd wyciągnąć. No ale niestety, dzisiaj mam ochotę napić się czegoś dobrego. Usiadłam przy stoliku i zamówiłam najmocniejszego drinka jakiego mają. Po chwili relaksowałam się popijając trunek przy akompaniamencie tekstów na podryw w moją stronę, gdy niespodziewanie ktoś usiadł naprzeciw mnie.
- Nie mówiłaś, że masz w planach wypad do baru.
Spojrzałam na Rayana i lekko się uśmiechnęłam.
- A co już się za mną stęskniłeś? Nie miałam co robić po wyjściu z kasyna więc znalazłam się tutaj.
Odpowiedziałam z cichym westchnieniem, które brunet na pewno usłyszał. Spojrzałam w jego ciemne oczy i odczytałam jego uczucia z tej chwili. Był smutny, ale tliła się w nim odrobina radości, prawdopodobnie z tego, że miał towarzystwo. Zrozumiałam chyba o co mu chodzi, spotkałam kiedyś lykana z taką mieszanką uczuć. Powód był prosty, żył długo wśród swoich, a gdy go wypędzili zaczęło mu brakować ich jak i jakiegokolwiek towarzystwa innych osób.
- Wiem co czujesz Rayan - położyłam swoja dłoń na jego czując jej ciepło - Brakuje ci twojej watahy. Na to chyba nic nie poradzę, ale przynajmniej mogę ci pomóc zmniejszyć ten smutek.
- Skąd to wiesz?
Rayan przyglądał mi się badawczo, a ja tylko delikatnie się uśmiechnęłam. Skupiłam się na jego uczuciach i użyłam swojej mocy by zmniejszyć uczucie, które mu ciążyło.
- Póki co mogę zrobić tylko tyle, wykańcza mnie takie zmienianie uczuć i będę musiała zregenerować siły, ale jeśli tylko będziesz chciał mojego towarzystwa możesz mi bez problemu powiedzieć.
- Dziękuje Azero, naprawdę.
- Nie ma za co, jak widać nie wszystkie demony są takie złe.
Chwile po tej wypowiedzi powieki zaczęły mi ciążyć, zdecydowanie jak na te kilka dni zbyt dużo się działo i utraciłam większość sił, no ale warto było. Tylko teraz jak mam niby odpocząć? Do mieszkania nie wrócę, może Rayan pozwoli mi u siebie przenocować, skoro już tu jest mogę się zapytać. Niby sen to nie jedyny sposób na moją regenerację, ale najdłuższy, jestem pewna że będę spać bite dwa dni, chyba że w inny sposób zakończę tę noc.
- Rayan... Mogę u ciebie przenocować? Moje mieszkanie niezbyt się nadaje no i wolę spędzić tę noc z kimś zaufanym.
Uśmiechnęłam się i oczekiwałam na odpowiedź od lekko zdziwionego moim pytaniem bruneta.

<Rayan?>

Od Yin do Rayan'a

Obudziłam się niemal natychmiast, piorunując go wzrokiem. Warknęłam, po czym go uderzyłam i zasłoniłam się dłońmi. Gdy jego oczy skierowane były na mój biust. Jak on mógł. Spojrzałam w bok i zobaczyłam brata, wyjęłam z przemoczonych ubrań kartkę. Wysuszyłam ja, po czym przeczytałam zaklęcie. Po paru minutach Jason odzyskał przytomność, jego puls było słychać znacznie głośniej, oraz na nowo był człowiekiem. Najpierw mu przyłożyłam. Wstałam i osuszyłam zaklęciem swoje ubrania. Warknęłam ponownie, po czym zostałam przytulona przez brata, jakby mnie wieki nie widział. Wywróciłam oczami, ale ostatecznie się w niego wtuliłam. Brat się nieco spiął, chyba miał zacząć warczeć. Gdy to wyczułam, wbiłam pazurki w jego ciało, a ten jedynie syknął przez zaciśnięte zęby.
Po tych czułościach wyszliśmy z domu i mogłam w końcu odetchnąć świeżym powietrzem. Gdy nabrałam powietrza do płuc, poczułam ukucie. Bolało mnie wszystko tak bardzo. Ruszyłam jednak dalej, chciałam już wrzucić do domu i odpocząć przy bracie. Rodzice zapewne się ucieszą, że go odnalazłam. Jednakże wciąż coś mi się nie zgadzało.
Zanim jednak zaczęliśmy wracać, pojawili się alfa stada, Łowcy i ktoś jeszcze. Pociągnęłam za rękę brata i Rayan'a, aby wyciągnąć broń i przygotować się do obrony. Czułam, że coś nadchodzi, że to nie jest jeszcze koniec.

Rayan?

6.11.2018

Od Rayan'a CD Yin

Obudziłem się jak by ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Miałem pustkę w głowię i porządną migrenę. Nie wiedziałem co się działo, co robiłem, a w ustach miałem metaliczny posmak. Już dawno tak nie miałem, a ściślej kilkadziesiąt lat temu. Podczas moich pierwszych pełni. Tylko że tej nocy wcale nie było pełni. Rozejrzałem się dookoła. Byłem w nieznanym mi miejscu i miałem pewność że poprzedniej bo to chyba była poprzednia noc kładłem się do łóżka obok Yin. Właśnie gdzie jest Yin? 
Coś tu było bardzo nie w porządku. Tak jak dawniej przez wieź łączącą watahę spróbowałem porozumieć się z Joseph'em. Lecz z jego strony nie było żadnego odzewu dopiero wtedy przypomniałem sobie że przecież przestałem być członkiem watahy. Kontakt z byłym alfą jest nie co bardziej skomplikowany. Wstałem z ziemi trzymając się za głowę i powstrzymując mdłości. Dopiero po dłuższej chwili kiedy zacząłem dochodzić do siebie zauważyłem leżących na podłodze Yin i Jason.
Podszedłem do dziewczyny. Słyszałem jej bijące serce, płytki oddech. Miałem jakąś dziwną ochotę by zatopić zęby w jej miękkim, smakowitym mięsie. Pić jej ciepłą, aromatyczną krew. Zamknąłem oczy i wziąłem dwa głębokie wdechy, starając się uspokoić. Byłem okropnie głodny jak po pełni bez polowania.
- Yin - delikatnie poklepałem dziewczynę po policzku by ją ocucić. - Yin - powtórzyłem, lecz dziewczyna tym razem również nie zareagowała.
Cudownie. Nie wiedziałem gdzie jestem, jak się tu znalazłem ani co tu się stało. A osoba która mogła mieć jakiekolwiek pojęcie leżała ledwo żywa.
Zostawiłem dziewczynę i podszedłem do jej brata. Z tym było chyba jeszcze gorzej niż z nią. Jak puls dziewczyny był wyczuwalny tak chłopaka ledwo słyszalny. Musiałem się dobrze wsłuchać by cokolwiek usłyszeć.
Co tu się do cholery stało?!
Wstałem i ruszyłem w celu przeszukania domu. Budynek był opuszczony przez kilka lat, a w powietrzu unosiła się silna woń pleśni. Kiedy trafiłem do czegoś co kiedyś musiało być kuchnią od razu podszedłem do kranu mając nadzieje że woda nie została odcięta. odkręciłem kurek i czekałem aż stare, nieużywane rury zaczną pracować.
Najpierw wypłynęła gęsta rdza, która zamieniła się w błoto. Dopiero po kilku długich minutach płyn zaczynał przypominać wodę. Jednak do użytkowej jeszcze dużo jej brakowało. Jednak do tego czego chciałem jej użyć taka się nadawała.
Z jednej rozpadającej się szafki wyciągnąłem garnek do którego nalałem wody. Z pełnym naczyniem skierowałem się do pomieszczenia gdzie zostawiłem nieprzytomną Yin.
- To będzie nie miła pobudka - szepnąłem przechylając garnek oblewając dziewczynę wodą - wybacz skarbie
< Yin?> 

Od Rayana CD Azero

Chyba do końca nie docierało do mnie w to co wydarzyło się parę minut temu. To był szalony dzień. Jedyne czego chciałem to wyjść spokojnie z tej przeklętej piwnicy. Chciałem odpocząć, może napić się zimnego piwa.  Dopiero kiedy bezpiecznie stanęliśmy przed hotelem wszystko do mnie dotarło.
Cisza.
Pierwszy raz odkąd przeszedłem przemianę moje myśli były tylko moje. 
Pierwsze wrażenie?
 Nareszcie nie muszę słuchać emocji nowicjuszy którzy nie potrafią się odgrodzić. Nie muszę słuchać ich lęków, rozterek, albo miłosnych trójkątów. W końcu spokój mogę myśleć co chce i jak głośno chce nie narażając się że ktoś podsłucha. Jak dziecko głośno w myślach przekląłem Josepha kilka razy. Moja euforia nie trwała dłużej niż 2 minuty. Dopiero wtedy w pełni dotarło do mnie co się wydarzyło. Alfa naprawdę wyrzucił mnie z watahy?
Choć czułem ich zapach nie czułem ich obecności. Pierwszy odruch to wrócić i błagać o przebaczenie. Nie potrafiłem żyć po za watahą. Tylko moja duma nie pozwoliła mi na powrót do środka.
Naprawdę miałem nadzieje że Azero będzie miała ochotę na moje towarzystwo. Musiałem jakoś przyzwyczaić się do sytuacji w jakiej się znalazłem.
Kretyn, przecież ona ma swoje życie. Jest demonem, a demony to nie istoty stadne.
Nie chciałem by zobaczyła jak bardzo jestem zdesperowany. Zmusiłem się aby na pożegnanie odwdzięczyć się uśmiechem i odprowadziłem ją wzrokiem. Dopiero kiedy zniknęła mi z oczu odwróciłem się w stronę hotelu. Nie wiem ile czasu już minęło ale wiedziałem że po 10 minutach Joseph ogłosi polowanie. I tym razem to ja będę zwierzyną łowną. Wziąłem głęboki wdech i z wolna ruszyłem przed siebie.
O wiele za szybko dotarłem pod drzwi własnego domu. Wyostrzyłem zmysły by upewnić się że w środku nikogo nie ma. Dopiero kiedy byłem pewien wszedłem do środka. Wątpiłem że nachodzili by mnie we własnym domu ale trzeba nastawić się na najgorsze. Już zapewne po Vegas poniosła się wieść o samotniku, a taki zawsze jest na celowniku.
Od razu skierowałem się do kuchni i z lodówki wyjąłem browara, a z szafki paczkę chipsów. Dopiero dobrze wyposażony skierowałem się do salonu. Od dłuższego czasu marzyłem o tak spokojnym wieczorze. Ale dziś nie mogłem się skupić. Bez sensu przełączałem kanały, nawet piwo nie miało smaku. To wszystko przez tą ciszę. Musiałem wyjść, iść do ludzi, coś zrobić bo czułem że za chwile zwariuje. Nawet nie wyłączając telewizora wyszedłem z domu.
Niebo było bezchmurne, mimo to nie było widać ani jednej gwiazdy. Pełnia skończyła się jakiś czas temu, dziś naprawdę mi jej brakowało. Zacząłem się włóczyć bez celu, chodząc po najbardziej zatłoczonych ulicach. Gdyby nie mój mało wyjściowy strój odwiedził bym kasyno. Ale nie miałem ochoty wracać do domu by się przebrać, zresztą bar też jest dobrym rozwiązaniem. Przechodząc obok jednego z nich wyczułem już dobrze znajomy mi zapach. Uśmiechnąłem się pod nosem i nim pomyślałem wkroczyłem do środka, od razu odnajdując w tłumie demonice. Siedziała przy stoliku popijając drinka, nie mogąc odpędzić się od adoratorów
- Nie mówiłaś że masz w planach wypad do baru - wypaliłem siadając na przeciwko niej
< Azero?>

3.11.2018

Od Zhavi cd Sam

- Skoro praktykowałaś. Znasz te symbole? - spytałam. Podwinęłam koszulkę i pokazałam jej na boku kilka znaków, na łopatce, karku, oraz kilka znaków między piersiami. Sam była nieco zaskoczona tym, ale mimo to wydawała się trochę przestraszona. Ciekawe czym.
- S-Skąd je masz? - spytała, nieco się jąkając. Kątem oka widziałam, jak Serafina się irytuje, bo sama, choć czasem praktykuje, ze mną czarna magie to wciąż te znaki pozostają nienaruszone. Choć czasem się świeca i są ciepłe albo słychać jakieś głosy. Głos Sami, ponownie mną potrząsnął.
- Jakim cudem? - spytała.
- Zostałam przeklęta za młodu, te znaki nie pozwalają mi umrzeć, a gdy jestem ciężko ranna, albo na skraju życia to czuję niebywałe ciepło, które bije od tych znaków. - powiedziałam, po czym ponownie usiadłam.
Wyjęłam cukierek, po czym go zjadłam.
- Avi. Te twoje symbole migocą na różne kolory. - rzekła Serafina.
- Musimy ją zabrać, zbliża się niebezpieczeństwo. Chłopaki zbieramy się, jedziemy nad jezioro. - powiedziałam.
Gdy łowcy się zjawili. Jakby nie byli przekonani do tego.
- Zabierz Nika, Alana, oraz jeszcze kogoś. Raven woła. Nik i Alan zjawia się na miejscu. Zabiorą kogoś ze sobą, a ty mała się pilnuj. - powiedział rudy. Uśmiechnęłam się do nich, po czym Serafina, otworzyła im przejście. Po czym ponownie otworzyła przejście, abyśmy mogli przejść na miejsce. Demon pomógł tak samo, jak reszta, kiedy się przenieśli na miejsce, musieli nałożyć kilka ochronnych kręgów.
Akurat zaszłam na tyły, gdy zostawiłam Sami z Serafiną, bo akurat o czymś rozmawiali.
- Piekielny ogierze witaj ponownie. - powiedziałam. Ogier się ukłonił, po czym stanął za kręgiem. Znaki nie aktywowały się, gdyż on był częścią jej historii. Jak taki anioł stróż bądź anioł śmierci.

Sam?

Od Sam cd Zhavia

-Sami, czemu nazwał cię skazańcem?- spytała Avi która usiadła na rogu stołu. Czyżby Serafina jej nie powiedziała? A może dziewczyna nie znała historii czarownic. Ale jako ,że mi pomogła byłam jej winna chociażby wyjaśnienie.
-Wiesz kim są samotnicy?- odparłam pytaniem na pytanie. Dziewczyna lekko zmieszana zerknęła na Serafinę.
-Czarownicy bez sabatu- odparła wzruszając ramionami.
-Owszem- przytaknęłam przeciągle- ale to lekkie niedomówienie.- Avi wydawała się być zaintrygowana a więc kontynuowałam. - Czarna magia jest zakazana, to każdy wie, nigdy , żaden sabat jej nie popierał.
-Pewnie woleli być nie zauważeni, a czarna magia zawsze rzuca się w oczy- skomentowała Serafina.
-Niby tak, ale nie o to chodzi. Gdyby każdy czarownik używał czarnej magii, to kto byłby wstanie nam zagrozić?
-Słuszna uwaga- potaknęła Avi
-Magia, czary, energia, moc. Jest tyle nazw głównie dlatego że ciężko ją pojąć, zrozumieć. Jest również ciężka do opanowania. To nie jest tak ,że czarownik się rodzi i już umie czarować. Uczymy się całe życie czarować a i tak nie jesteśmy wstanie tego zrobić w pełni. Dlatego zajmujemy się daną specjalizacją, tym w czym jesteśmy najlepsi. Czarna magia jest jeszcze bardziej skomplikowana, nie do opanowania, jest bardzo podobna do magi demonicznej. Jednak wiele czarowników uważa inaczej, że to magia jak każda inna. A to jest jeszcze gorsze niż jej praktykowanie. Magia jest wstanie przejąć kontrolę nad czarownikiem.
-Ale tylko czarna?
-Zależy dla kogo. To jest jak narkotyk, uzależnienie. Chcemy więcej. Chcemy być silniejsi, potężniejsi, lepsi. I sięgamy po więcej, zwłaszcza kiedy można. Wielu czarowników zagubiła się. Na początku 13 wieku. Który został uznany za najcięższy, sabaty....
- Czemu za najcięższy? -dopytała zaciekawiona Avi
-13 była uważana za pechową ale dla czarownic kiedyś była świętą. W czarnej magii wyznawano 13 demonów, które obdarowały czarownice tajemnicą swej magii, w sabatach uczestniczyło 12 czarownic i wieszczka. Ale jak tylko zaczął się 13 wiek czarownice nie były wstanie okiełznać tak potężnej magii. Ginęły lub świrowały. Wieszczki potajemnie się dogadały i w obawie o swoje sabaty zakazały czarnej magi, ale czarownikom się to nie spodobało. Uznali to za zdradę, uważali że wieszczki nie mogą im zakazać natury. W tym większość wieszczek zginęło z rąk swoich pobratymców. Tym które przeżyły udało się zniszczyć wszystkie księgi. Właśnie ten wiek przyczynił się do utraty tylu ksiąg i tak zmalenia liczy wieszczek. I również czarownicy zaczęli obawiać się tej liczby. Po zniszczeniu ksiąg zapanował na chwilę spokój. Powstały nowe sabaty, które nigdy już nie liczyły 13 członków. A czarna magia została uznana za zakazaną, ale potajemnie wciąż była praktykowana.  Czarownicy praktykujący czarną magię  zostawali skazywani na śmierć. Ale dopiero w 16 wieku czarownice z Peney odzyskały jedną z ksiąg. Sabat składał się z 43 czarownic. Zrobiło się głośno, nie dało się  tego ukryć. Wtrącili się łowcy pod przywództwem Jana Kalwina. Sabat został wymordowany, a księga zaginęła. Trochę ponad sto lat później , powstał nowy sabat. jeszcze bardziej potężny. Mający  układy z demonami. Czarownice z Salem liczyło około 80 czarowników. Istnieje legenda że główna przewodnicząca sabatu była córką jednej z wieszczek. Kobieta nie chciała śmierci własnej córki i ci którzy się poddali mogli przeżyć. Ich magia została związana, a oni na zawsze musieli opuścić społeczeństwo czarownic i swoją magię. Od tego czasu taka była kara za praktykowanie czarnej magii, jednak wielu czarowników się z tym nie zgadzało, byli żądni śmierci. Ukaranych piętnowano poprzez wypalenie litery s, oznaczającym skazanie. W około 19 wieku zmienili nazwę na bardziej przyjazną...
-samotnicy- podsumowała słusznie Avi- a więc ty....
-nie praktykuje czarnej magii- wyjaśniłam szybko i od razu sprostowałam, choć chyba powinnam to przemilczeć- znaczy kilka razy to robiłam ale zostałam skazana jeszcze przed narodzinami. Matka została przyłapana.
<Avi?>

Od Zhavi cd Sam

Siedziałam w klubie i czekałam ,aż zjawi się Serafina. Miała wpaść wraz z chłopakami. Jednakże, gdy zobaczyłam nieco zaniepokojoną Sami, to wiedziałam, iż ktoś zaczął polowanie. Nie wolno, mi przejść tak obojętnie. Napatoczył się czarownik. Hm, władca pogody, no dobry łup. W klubie akurat było kilku łowców, jak i innych ras, no ludzie też byli. Jednakże tak zaabsorbowani tą muzyka i magią drinków, że raczej nic nie zauważą.. Oczywiście raczej..
- Ej kochasiu, ładnie to tak zaczepiać ładne dziewczyny. - powiedziałam. Podeszłam bliżej, minęłam ją, w mojej dłoni zalśnił moja bransoletka. Niemal jak na zawołanie sala zrobiła się opustoszała, a zewsząd wyszła Serafina, wampir, wilkołak, elf, syrena oraz dwóch czy tam trzech łowców. Serafina wraz z Remi zabrały na bok Sami. Ja mogłam sobie pogadać z czarownikiem.
- Nie ujdzie, ci to na sucho. - wysyczał.
- Wiesz co, zabiłam już twoich poprzedników. Oj raczej, najwyższej czarownicy by się to nie spodobało, że tak latasz i zabijasz inne. - powiedziałam nonszalancko. Facet się tym nie przejął, to raczej wiadome. Chciał zaatakować, ale że byłam szybsza, to upadł na tyłek.
- Ona jest skazańcem. - warknął. - Oddaj mi ją. - dodał.
Wiedziałam, iż będzie trzeba ją przepytać, skoro było zadanie, aby ją chronić. Nie spodziewałam się, tego po radzie. Oni raczej są neutralni i w rzadkich przypadkach się wtrącają , jeśli mają one coś zmienić na lepsze bądź gorsze.. Tutaj zawsze trzeba się domyślić, co mają na myśli..
- Ona jest pod ochroną. Przekaż to swoim następcom. Chłopcy wasza kolej, pobawcie się, jednak ma żyć, aby przekazać wiadomość. - powiedziałam i poszłam na zaplecze, gdyż tam siedziała Sam wraz z dziewczynami. Remi i Serafina, sączyły herbatę, tak samo, jak Sami.
Dobra to chyba czas zacząć. Przeciągnęłam się i ruszyłam usiąść na stole, aby być przed nią.
- Sami, czemu nazwał cię skazańcem? - spytałam. Dobra może jak będę jej rzucać randomowe oraz te trafne pytania może w końcu coś powie.

Sam?

2.11.2018

Od Sam cd Zhavia

Avi podeszła do mnie a mi serce wręcz na moment stanęło.
-Hej sam, czyżby Lucy cię zniechęciła?- zagadała , również nie kryjąc niechęci do wspomnianej dziewczyny, ale skąd się dowiedziała ,że z nią gadałam, skoro tak się nie lubią to po jaką cholerę Lucy jej wspomniała o naszej rozmowie? - No nawet jeśli jestem Nefilim. Myślisz że co od tak cie zabije. Pomyłka. Tamten złamał pakt. Musiał zginąć.
Złamał pakt. Czy chodziło jej o ten dziwny sojusz o którym wspomniała barmanka?
-Avi- zaczęłam i od razu zamilkłam nie pewna co powiedzieć.
-Serafina- wypowiedziała Avi imię swojej towarzyszki, która podeszła powoli do mnie. Wyczuwałam jej dziwną energię, podobną jednak zupełnie inną od czarownic, i nim zdążyłam się jakoś obronić , przygotować urwał mi się film. Tak nagle. Zapadłam się w zupełną ciemność.
***
Obudzenie okazało się być tak samo gwałtowne jak zapadnięcie w sen. Zerwałam się co spowodowało przeszywający ból głowy. Jęknęłam cicho. Obok mnie była Avi, która bez słowa podała mi jakieś jedzenie.  
-Obudziła się , chodźcie- powiedziała beznamiętnie 
-Trochę źle zaczęłyśmy- przemówiła Serafina siadając obok mnie -Cześć jestem Serafina i sorki za to...-machnęła ręką. -W ramach przeprosin- podała mi kubek z zieloną herbatą, który bez słowa podałam. 
-Kiedy ostatnio się widzieliśmy byłaś bardziej rozmowna- usłyszałam komentarz, za którym podążyłam. Na jednym z foteli siedział Dave, który właśnie wypuścił dym papierosowy z ust, po krytycznym wzroku Avi, demon zgasił papierosa. 
-Czy ktoś prosił byś się odzywał?- spytała słodko Serafina. Jeszcze chwilę się sprzeczali ale ja skupiłam się na Avi która odebrała telefon i wyszła z pokoju. Niestety to przeraziło mnie jeszcze bardziej. Zostawiła mnie z ....nimi wszystkimi. Przerażała mnie ta różnorodność, z reguły gatunki trzymają się od siebie z daleka.
-nie należysz do żadnego sabatu - stwierdziła Serafina zwracając na siebie moją uwagę. - jesteś samotnikiem. Widziałam znamię. - dziewczyna zrobiła pauzę, chyba oczekiwała jakiegoś potwierdzenia z mojej strony, jednak gdy się tego nie doczekała kontynuowała- nie jesteś również z Las Vegas. Czego tu szukasz? 
-Niczego- odparłam zgodnie  z prawdą- mam tutaj...- chwilę się musiałam zastanowić jak nazwać Felixa-  przyjaciela. 
-Masz siostrę, prawda? 
-A jaka jest różnica?- odparłam pytaniem na pytanie. 
-To my zadajemy pytania- warknął jadowicie jeden ze zgromadzonych, prawdopodobnie wampir. 
-Nie duża- odparła Serafina , piorunując spojrzeniem wampira. -ale nie zagrażamy wam, dlatego lepiej będzie jak zaczniesz odpowiadać na pytania. 
-Bo jak nie to zaczniecie. Zagrażać - mruknęłam cicho jednak każdy usłyszał. 
Serafina westchnęła ciężko i wyszła z pokoju. Z przerażeniem , które usilnie próbowałam powstrzymać spojrzałam na zgromadzonych. Już nikt się nie odezwał ale każdy przypatrywał mi się uważnie. Zaczęłam rozglądać się po pomieszczeniu szukając jakiegoś rozwiązania. Mój wzrok padł na drzwi, które z pewnością były wyjściowymi.
-Nie radził bym- powiedział Dave . To mi wystarczyło bym przeniosła wzrok. Po chwili wróciły dziewczyny. Avi oparta o ścianę popijała wodę i przyglądała się uważnie. Podchwyciła mój wzrok, i chyba się ulitowała nade mną. Wszyscy równo wyszli z salonu. To było dziwne. Wyszli jak na jakiś znak którego nie wychwyciłam. 
-no Sam, to czego się dowiedziałaś?
-Nie chce kłopotów, nie możecie mnie po prostu puścić, postaram się nigdy więcej nie wejść wam w drogę- poprosiłam.
-Ale nikt cię przecież tu siłą nie trzyma- odparła wzruszając ramionami.
-Czyli mogę wyjść?- podchwyciłam. 
-Ależ oczywiście, ale zrozum my nie chcemy źle, czasem po prostu musimy robić rzeczy których nie chcemy. Po prostu musimy. 
Z tymi słowami wyrytymi w myślach wyszłam z domu, starałam, się iść normalnie, a nie uciekać. Co chwila się oglądałam za siebie, ale nikt za mną nie szedł. 
***
Czasem po prostu musimy robić rzeczy których nie chcemy. Po prostu musimy. 
Te dwa zdania błądziły mi w myślach przez całą nieprzespaną noc. I cały szalony tydzień. W ciągu tych 7 dni jakoś przywykłam do tego sojuszu i łowców, którzy wcale nie chcą mnie zabić. Obawiałam się ,że większym zagrożeniem są dla mnie czarownicy. 
Dzień minął mi w miarę spokojnie. Po szkole poszłam do cukierni którą pokazał mi parę dni temu Nik. Jedząc najlepszą w-ztkę zastanawiałam się czy Avi i Nik się znają. 
Nagle za oknem pociemniało i zerwał się silny wiatr. W powietrzu było gęsto od iskrzącej mocy. Ktoś wpłynął na pogodę, a to nie wróżyło niczego dobrego. Może ta cukiernia była jakaś przeklęta?
Jak najszybciej opuściłam cukiernię, pełna obaw. I jak tylko przekroczyłam próg zauważyłam mężczyznę ubranego w czarny płaszcz po drugiej stronie ulicy. Przyglądał mi się i to od niego pochodziła ta energia. Przyśpieszyłam kroku i zerknęłam za siebie, mężczyzna znikł a to nie świadczyło nic dobrego. Bez większego zastanowienia szłam przed siebie klucząc w uliczkach próbując zgubić prześladowcę.
I nagle jakaś energia posłała mnie na ceglaną ścianę. Uderzenie zaparło mi dech. Zbierając się z ziemi, dostrzegłam czarownika idącego wolno w moim kierunku.
-Skazaniec - syknął i splunął. Zaczęłam biec ale zatrzymała mnie niewidzialna bariera. Odwróciłam się do prześladowcy, musiałam coś wymyślić. Było jasne ,że mężczyzna ma dużą moc i wiedzę. Nie pokonam go, ale jak go rozproszę...
Mój wzrok spoczął na oknie jednego z mieszkań nad nami. A właściwie na parapet na którym stała doniczka, tuż nad czarownikiem. Wystarczyło się skupić i....
Doniczka spadła i roztrzaskała się na głowie czarownika. Puściłam się biegiem słysząc przekleństwa czarownika. 
Zdyszana , słysząc pogoń wpadłam do jakiegoś klubu. Dopiero po chwili zauważyłam że już tu byłam. Wpadłam na kogoś, nawet nie zauważyłam ,że to tak mi znajoma osoba. Wmieszałam się w tłum. Ale i tak wiedziałam że to nie wiele da. 
I tak jak myślałam już po chwili czarownik mnie odnalazł.
-koniec zabawy- warknął, wycierając kapiącą krew z czoła. 
-Ej kochasiu, ładnie to tak zaczepiać ładne dziewczyny- usłyszałam znajomy głos za sobą który sprawił że odetchnęłam z ulgą. Łowczyni podeszła bliżej, minęła mnie a w ręku coś zalśniło. 

<Avi?>

GRA Od Zhavi Do Sam

Stałam na ganku z Raven oraz Serafina, byli tam jeszcze inni. Rozmawiali o tym, ile jest ofiar, czego się dowiedzieli. Praktycznie mieli już z każdej rasy ofiary.
- Brakuje im hybryd. - rzuciłam, a gdy reszta się na mnie spojrzała. To nieco mnie to przygasiło, odeszłam kawałek, aby im nie przeszkadzać.
Zaczęłam się, zastanawiać co chcieli bądź mógł planować sabat. Moje przemyślenia, przelałam na skupienie się na zapachach. Kiedyś mi opowiadała o tym przyjaciółka. Przecież nie raz, czy nie dwa, próbowałam ja znaleźć i za każdym razem się udawało.
Słyszałam jak dziewczyna, im opowiada o tym, co wie. Jednakże, Raven, wiedziała już wcześniej, iż była częścią ich zgromadzeń, jednakże to były lata temu.
Opowiadała im wszystko, analizowali to.. Jednakże to tak jakby była pułapka, a trupy tylko przedsmak tego, co ma nadejść. Najgorsze było to, że miałam obawę, iż to zamek będzie w centrum tego wszystkiego. Właśnie wtedy ponownie im przerwałam. Choć w sumie Raven była proszona do kogoś tam innego.
- Raven mam obawę, że to zamek będzie w centrum tego wszystkiego. Kolejne ofiary mogą być przypadkowe, żeby tylko łowcy byli sami. To oni na nas polują. Jesteśmy ich zwierzyną, to pułapka. - powiedziałam niemal wszystko na jednym oddechu. Dziewczyna jakby mi nie uwierzyła. Poszła, Serafina za to podeszła. Chciała mnie wesprzeć, jednakże wolałam to udowodnić, że mam rację.
Zaczęli rozmawiać. Każdy po kolei chciał powiedzieć, przez co mogłam ponownie skupić się na aromacie i czymś dziwnym. Nieco się od nich oddaliłam, po czym zobaczyłam jakąś kobietę, która właśnie rysowała symbol, na szyi jeszcze pół żywej ofiary. Moja bransoletka zamieniła się w bicz, po czym udało mi się ją złapać, oplatając wokół jej szyi kawałek bicza.
Chciałam zapytać, ale usłyszałam tylko, śmiech. Zawołałam przyjaciółkę.
- Serafina! - krzyknęłam. Kiedy dziewczyna przybiegła wraz z Raven, do tego słyszałam jeszcze inne głosy. Wiedźma wyparowała, na naszych oczach. Jednakże, gdy wskazałam na pół żywą ofiarę od razu do niej podeszli.
- Będzie jeszcze 20 ofiar, zanim skończą składać ofiary. - powiedziałam, wraz z kilkoma innymi osobami niemal w tym samym momencie. Spojrzałam na nich, tak jak i ja mieli zamglone oczy. Czyżby czary? Jednak coś się tu nie zgadzało.
- Raven, coś się tu nie zgadza. Ofiary to przynęta. My robimy za cel. - powiedziałam. Mimo to nie słuchała mnie, była zbyt zajęta czymś innym. Widziałam, że Serafina także się zgadza.
- To pojadę z Zhavia i Alexis poszukać czegoś o tym sabacie. - odezwała się Serafina.

(napisano: 02.11.2018\ edytowane 16.11.2018
czas następnego: 23.11.2018 )

Od Zhavi do Alana

Serafina, przez nagła przemianę ponownie walczyła, w obronie mojej. Mówiłam jej tyle razy, że nie musi tego robić. Przecież nie jestem taka słaba. Choć miło, że pomogła mi się rozprawić z tymi demonami. Jednakże została zraniona. Co już nie było takie przyjemne. Potrzebowałam pomocy, nie mogła się przemienić. To nic dobrego. Pełnia dopiero się zaczęła, a przez otrucie może stać się coś niepokojącego. Choć tyle, że udało mi się ją jakoś zabrać blisko zamku. Wysłałam wiadomość Raven, a ta pojawiła się z potrzebnymi składnikami. Pojawiła się też wiedźma, ale nikt więcej, nie chciałam, aby więcej osób wiedziało. Musiałyśmy wejść do piwnicy, aby nie było słychać, aż tak Serafiny. Bolało, ją to, a mi łamało serce. Sama zaczęłam czuć ten rozrywający ból.
Słyszałam, jak ją to bolało, próbowałam jakoś jej pomóc, to jednak spełzło na niczym, jedynie mnie podrapała, że aż krew zaczęła się sączyć. Gdyby tego było mało, jad, w końcu ustąpił po prawie całym dniu pracy. Raven pozwoliła zabrać mi Serafinę do zamku oraz opatrzyła mi ramię. Gdy, każda poszła w swoją stronę, przyjaciółka musiała odpocząć. Ja natomiast przebrałam się i ruszyłam potrenować  trochę. Potrzebowałam ruchu, po tym wszystkim. Sen jednak w niczym nie pomagał. Zbyt bardzo mnie dobił, żebym mogła myśleć o śnie.. Najgorsze jest to, że nie mogłam zapomnieć słów demonów..
,,- To dopiero początek"
. Co to ma znaczyć. - powiedziałam do siebie. Dręczyło mnie to tak długo, iż nawet nie zauważyłam, jak Alan podszedł.

Alan?

GRA Od Nika Do Zhavii

Zebranie u Raven i Rotha było bardzo burzliwe i oczywiście przedłużyło się jak każde poprzednie bo jak zawsze było mnóstwo kwestii spornych między uczestnikami. Nie rozumiałem czemu oni boja się tak tego Halloween przecież to święto dla dzieciaków w zasadzie i bezkarne objadanie się słodyczami.- Myślałem snując się ciemnymi ulicami miasta po 24 godzinach patrolowania terenu, nie rozumiałem ich paniki, ale posłusznie miałem na oku przydzielony mi teren na którym nic totalnie się nie działo. Dochodziliśmy z Ramzesem do samochodu z zamiarem udania się do zamku gdy usłyszałem własny telefon. Dzwonił Alan dopytałem o co chodzi.
-Jesteś samochodem? - odparł chłopak po drugiej stronie słuchawki. Nie człowiekiem, uśmiechnąłem się do własnych myśli i potwierdziłem przypuszczenia chłopaka. Po krótkiej wymianie zdań wsiadłem do wozu niezadowolony z obrotu sprawy. - Nie dość że padam na pysk to jeszcze muszę robić za taksówkę i karawan - mamrotałem pod nosem odpalając silnik.
Jechałem powoli kierując się w stronę parku. Na chodniku pod latarnią zebrała się grupka ludzi i gdyby nie fakt że Ramzes zawsze zachowywał się niespokojnie gdy coś się działo nie zwrócił bym na to większej uwagi. Jednak basior zachowywał się niespokojnie. Podszedłem do ludzi debatujących nad oparta pod latarnią kobietą z dzieckiem na reku. Z relacji ludzi wynikało ze to pijana matka z dzieckiem śpiącym na ręku. Ramzes podszedł do kobiety i pociągnął nosem powietrze spuścił łeb i wrócił do mnie podkładając łeb pod moja rękę. To znaczyło tylko jedno. Osoba pod latarnią była niestety martwa. Podszedłem do gapiów.
-Proszę się rozejść to moja znajoma zabiorę ją do domu, wiem gdzie mieszka.
-Nareszcie ktoś się zainteresował - krzyknął ktoś z tłumku ludzi - Siedzi tu i straszy dzieci - odezwał się ktoś inny.
-Już spokojnie drodzy państwo zajmę się tym - uspokoiłem ludzi którzy powoli rozchodzili się. Musiałem przecież odczekać, aż wszyscy pójdą. Dziecko było człowiekiem bardzo blade i martwe niestety. Na szyi znalazłem ślady po wampirze. Kobieta okazała się być czarownicą tak mi się przynajmniej zdawało bo w jej torbie znalazłem mnóstwo flakoników z miksturkami. Zaczęło się pomyślałem rozkładając folie i koc w bagażniku. Tylko o co tu chodzi? Myślałem gorączkowo miał się odbyć sabat czarownic, wiec po co ktoś zabił czarownicę? To śmierdziało na odległość grubymi kłopotami. Ciekawe co powie na to Alan? pomyślałem pakując trupa do bagażnika. Przykryłem go kocem.
-Spokojnie, zaraz podrzucę ci kolegę - mruknąłem zamykając bagażnik, wsiadłem do samochodu i udałem się w umówione miejsce.
Gdy dojechałem na miejscu nikogo jeszcze nie było, jednak postanowiłem zaczekać aż zjawi się Alan. Alan nie był sam ciągnął za sobą dziewczynę. Blada jak ściana i ogara no cóż. Po wymianie grzecznościowych powitań, bez zbędnych słów wpakował całą dwójkę do samochodu. Alan skierował się w stronę śmietników ja poszedłem w ślad za nim, po chwili moim oczom ukazał się martwy elf.
-Spory jak na elfa, nie wiem czy się zmieści do bagażnika mówiłem jednocześnie niosąc zwłoki do samochodu.
-Nie przesadzaj - burknął Alan - ze wszystkiego robisz problem bagażnik masz dość spory.
-Ta tylko jest już zajęty - otworzyłem klapę bagażnika, bez słów wskazując ręką na zawartość .
-Ty nie mówisz poważnie - spojrzał na mnie Alan.
-Znalazłem ją pod latarnią, jest martwa jak trup - powiedziałem bez entuzjazmu, upychając kolejne zwłoki i na chama zamykając bagażnik. Niezwłocznie wsiedliśmy obaj do samochodu, odpalając silnik rzuciłem okiem w lusterko gdzie siedziała biała jak ściana i jeszcze bardziej przerażona dziewczyna .
-To też widziałam - stwierdziła półgłosem .
-Co? - dopytaliśmy obaj
-Tą kobietę z dzieckiem.
Oki-ej mogła mieć taką wizję myślałem gorączkowo szybko przemierzając uliczki Vegas, ale skąd wiedziała że mam ich w bagażniku? Jechałem w milczeniu przekraczając dozwoloną prędkość. Alan całą drogę próbował uspokajać przerażoną dziewczynę. To nie była moja sprawa, nie moja bajka, jestem tu tylko kierowcą i miejmy nadzieje ze tak pozostanie. Nawet nie wiem kiedy zaparkowałem samochód przed zamkiem. Na ganku stała już Raven z kilkoma osobami.


(napisano: 02.11.2018
czas następnego: 08.11.2018)

1.11.2018

GRA Od Alana Do Nik'a

Wiedziałem że dzisiejszy dzień będzie ciężki. Od pierwszej nad ranem byłem na nogach i patrolowałem miasto. Już 29.10 Raven zwołała zebranie i jak można było się spodziewać nie obyło się bez kłótni. Pół nocy debatowaliśmy nad 31 października. Szybko doszliśmy do wniosku że trzeba wydzielić tereny, które będziemy patrolować przez 24h. Największym problemem okazała się jednak nasza nieliczna liczba. Obszar był ogromny i żeby wydzielić w miarę rozsądne rewiry musieliśmy patrolować je w pojedynkę. To oczywiście była najrozsądniejsza decyzja, chociaż nie wszyscy byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy.
Celowo przemilczałem sprawę z Leen. Zdawałem sobie sprawę że postępuje niewłaściwie. Potrzebowaliśmy przecież każdego łowce. Mimo zbliżającego się Halloween nie miałem żadnych wyrzutów sumienia. W ciągu tych 24h jest więcej roboty niż przez cały rok. Trzeba spodziewać się kłopotów z czarownicami, elfami i demonami. A ten rok jest wyjątkowo parszywy, wraz z Halloween występować będzie zaćmienie księżyca. Przeszukałem wszystkie własne książki, inni od paru dni również nie robili nic innego. Przełamałem nawet własną dumę i zadzwoniłem do Vincenta. Szczerze nie spodziewałem się że odbierze, ale on jak by czekał z telefonem w dłoni odebrał już po pierwszym sygnale. Nigdzie nie było wzmianki o takim zjawisku. Nikt nie wiedział czego można się spodziewać.
Im bliżej święta ciemności tym więcej wizji nawiedzało Leen. Każda była inna ale wszystkie dotyczyły 31. Czułem że dziewczyna większą ich część i tak przemilczała.
Kręciłem się po mieście, odczuwając zacierające się granice. Od 1.30 zacząłem dostrzegać tego skutki. W parku spotkałem trzech elfów w towarzystwie pięciu wróżek żywiołów. Kiedy nie miałem wątpliwości co do Królestwa z którego pochodzą oddaliłem się zostawiając ich w spokoju. Właściwie cały ranek i dzień minął dość spokojnie. Ku mojemu rozczarowaniu w swoim rejonie nie spotkałem ani jednej czarownicy. Musiałem zainterweniować tylko trzy razy zabijając podrzędnego demona. Właśnie ten spokój powodował mój niepokój. Coś tu było bardzo nie tak. Miałem tylko nadzieje że inni nie odczuli takiego samego bezrobocia.
Z frustrowany rozpocząłem już 3 paczkę i zapaliłem następnego papierosa. Zawahałem się przechodząc przed kawiarnią. Nie było nawet kolejki. Powoli zaczęło się zmierzchać. Jedyny dzień w roku Vegas nie rozbłysło milinem świateł. Zaczęło zamierać powoli pogrążając się w mroku. Rozejrzałem się dookoła, żadnego zamieszania. Ludzie doglądali swoje dekoracje, robiąc ostatnie poprawki i zapalając lampiony z dyń. Minęła mnie piątka roześmianych dzieci z pomalowanymi twarzami i w mrocznych strojach. Biegnąca w stronę pobliskiego domu, który zapewne wygra konkurs na najlepiej udekorowany dom. Dogasiłem papierosa i ruszyłem w stronę drzwi.
Złapałem za klamkę kiedy przez gwar świętujących ludzi przedarł się przeraźliwy kobiecy krzyk. Rozpoczęła się taka pora gdzie przeraźliwy ludzki krzyk jest czymś jak najbardziej normalnym. Przez co jeszcze trudniej będzie zlokalizować prawdziwe zagrożenie. Mimo to nie zbagatelizowałem zagrożenia i popędziłem w tamtą stronę. Dobiegłem na miejsce w ciągu 3 minut. I tak jak się spodziewałem krzyczała kobieta którą wystraszyło trzech nastolatków z perfekcyjnym krwawym makijażu.
Choć alarm okazał się fałszywy nie odwiedziłem już kawiarni zapominając o kawie. Sześć razy biegłem słysząc czyjś krzyk i sześć razy okazywało się że to tylko para dowcipnisiów, albo osoba o słabych nerwach.
Stanąłem przy bramie, odpaliłem kolejnego papierosa tym razem używając w tym celu zapalniczki. Było zbyt dużo osób które mogły by coś zauważyć. Z wolna ruszyłem między domami rozglądając się uważnie na boki.
- Patrz! - usłyszałem podekscytowany głos dziewczyny idącej przede mną. Jak jej towarzysz spojrzałem w wyznaczonym kierunku. - ale dekoracja
Para postała chwile oglądając leżącego trupa na trawniku, i zaczęła robić zdjęcia. Trzeba było przyznać woskowa dekoracja naprawdę wyglądała realistycznie. Zacząłem mijać parę przez co miałem lepszy widok na leżącego trupa. I dopiero w tym położeniu dostrzegłem powoli krzepnącą krew otaczającą ofiarę. W życiu widziałem zbyt wiele krwi by pomylić ją ze sztuczną. Na trawniku leżały prawdziwe zwłoki i to zapewne od dobrych paru godzin. Poczekałem chwile aż para odejdzie, nie chciałem wzbudzać paniki, a te parę minut i tak nas nie zbawi. Dopiero kiedy ulica była pusta podszedłem do ciała i uważniej mu się przyjrzałem. Był to młody mężczyzna o szpiczastych uszach i malinowych włosach. Na trawniku leżał martwy elf. Przetarłem krew z ciała ofiary i przyjrzałem się wyciętym znakom. Zamarłem wpatrzony w ciało, nie było mowy o pomyłce to rytualne znaki tworzone na ofiarach.
Nie mogłem tak tego zostawić. Złapałem zwłoki elfa i zacząłem ciągnąc je w ciemną uliczkę, aby ukryć je za śmietnikami.
Kiedy upewniłem się że trup jest dobrze ukryty skierowałem się w stronę domu. Trzeba było namierzyć sabat i skontaktować się z pozostałymi. Jak tylko to pomyślałem w mojej dłoni pojawiła się kartka z nieznajomym charakterem pisma. Nieufnie spojrzałem na kartkę czytając wiadomość.
"Znaleźliśmy dwa trupy z charakterystycznymi dla rytuału znakami. Zalecamy ostrożność, i czujność. 
Raven Blackwood" 
Od razu po odczytaniu wiadomości kartka stanęła w płomieniach 
Wyciągnąłem telefon i wysłałem krótką wiadomość do Raven.
"Trzy, znalazłem zabitego elfa" 
Szybko przemierzyłem drogę do domu. Cały byłem we krwi ale dzisiejszego dnia na nikim nie robiło to wrażenia. Na nikim prócz Leen. Dziewczyna wyglądała na bardziej zmęczono niż jak odchodziłem. Zapewne znów miała wizje. Jak tylko mnie zobaczyła w drzwiach zrobiła się biała jak ściana. Pewnym krokiem ruszyłem do pokoju w poszukiwaniu wszystkiego co przyda mi się w polowaniu na sabat. W między czasie najspokojniej jak potrafiłem tłumacząc Leen że nie może ze mną iść. Chociaż wiedziałem że i tak postawi na swoim. Zrzuciłem zakrwawioną bluzkę wycierając o nią dłonie, i zarzuciłem czystą.
Wyciągnąłem brudny telefon i wybrałem numer do Nika.
Odebrał po dwóch sygnałach
- O co chodzi? - spytał na wstępie
- Jesteś samochodem? - odparłem pytaniem
- Ta... Jadę do zamku będziemy namierzać sabat. - wyjaśnił
- Podjedz najpierw pod park gdzie polowaliśmy na zębuszkę. - wyrzuciłem na jednym tchu. - musimy zabrać z głównej martwego elfa.
- Moim samochodem? - dopytał oburzony
- No przecież nie posadzę trupa na motor
Rozłączyłem się i skierowałem się do wyjścia. Miałem właśnie skręcać kiedy dogoniła mnie Leen wraz z Ortrosem
- Nienawidzę tej twojej cholernej upartości. - Westchnąłem zrównując z nią kroku
- Wiem, wiem. - Mruknęła. - Gdzie idziemy? - Zapytała.
- Już ci mówiłem. Musimy spotkać się z innymi łowcami. - Powiedziałem, łapiąc ją za rękę.
Resztę drogi do parku przeszliśmy w ciszy. Już z daleka zauważyłem samochód zaparkowany na parkingu. Poprowadziłem ciemnowłosą do Nik'a, który wysiadł jak tylko nas zauważył.
- To Isleen Salvere  - przedstawiłem dziewczynę - a to Nik Blacken
Nie marnując już więcej czasu otworzyłem tylne drzwi pasażera. Pierwszy wskoczył ogar uważnie przyglądając się powarkującemu Ramzesowi. Osobiście ulżyło mi że Ortros swoim wielkim cielskiem będzie odgradzał wilka od dziewczyny.

(napisane: 01.11.2018
czas następnego opo: 07.11.2018)     
                          

GRA Od Isleen Do Alana

Siedziałam spokojnie w salonie i przeglądałam różne strony na moim laptopie. Nie minęło 10 minut, kiedy usłyszałam trzask drzwi wejściowych i do salonu wparował Alan. Uśmiechnęłam się do niego i chciałam się przywitać, ale dostrzegłam krew na jego rękach.
- Co ci się stało? - Zapytałam. - To krew? - Wstałam szybko i podeszłam do chłopaka, zadając najgłupsze możliwe pytanie.
- Nie moja. - Mruknął. Widziałam, że był mocno wkurzony. Jego ręce zaciśnięte były w pięści, a on cały wyglądał jak kłębek nerwów.
- Co się dzieje? Jesteś strasznie zdenerwowany. - Powiedziałam, idąc za chłopakiem.
- Znalazłem trupa. - Powiedział, przeszukując swój pokój.
- Trupa? - Zapytałam zaskoczona. Alan skinął głową. - Poza tym przyszła wiadomość od innych łowców. To najprawdopodobniej sabat ofiarny. - Napięłam się cała, gdy Alan wypowiedział te słowa.
- Wychodzisz?
- Tak, trzeba ich dorwać i to jak najszybciej.
- Idę z tobą. - Zakomunikowałam. Chłopak od razu przestał grzebać po szafkach i wyprostowany jak struna odwrócił się w moją stronę.
- Nie ma mowy Leen. Nigdzie nie idziesz. - Powiedział i wiedziałam, że będzie upierać się przy swoim.
- Nie pójdziesz nigdzie sam. - Fuknęłam, a chłopak westchnął ciężko.
- Nie będę sam, muszę się spotkać z innymi łowcami. - Chciałam już coś na to odpowiedzieć i powiedzieć mu jak bardzo mam w dupie to, że idzie tam z osobami, których w ogóle nie znam i którym nie ufam, ale Alan mnie uprzedził i zaczął mówić. - Poza tym masz teraz strasznie dużo wizji, przez co wszystko ciągle cię boli, plus nie umiesz walczyć. - Wymieniał. Przez chwilę miałam ochotę dać mu w twarz, ale w pewnym sensie Alan miał rację. Wszystko okropnie mnie bolało, a moje wizje pojawiały się bardzo często, przez co chwilami wyglądałam jak ta dziewczyna z "The Ring". No cóż, pomęczy się trochę ze mną, sam na pewno nigdzie nie pójdzie. Alan ruszył do wyjścia i zakładając swoją kurtkę wyszedł z domu. Szybko wzięłam swoją skórzaną kurtkę, wsunęłam kozaki na nogi i wybiegłam za chłopakiem. Na szczęście bardzo szybko udało mi się go dogonić.
- Leen... Błagam cię... - Sapnął. Wiedziałam, że miał mnie już trochę dość, ale jeśli on gdzieś idzie to ja też.
- Wiem, chcesz żebym była bezpieczna, ale ja też się o ciebie martwię i właśnie dlatego idę z tobą. - Powiedziałam stanowczo. Alan westchnął i skinął głową na znak, że nie ma siły się ze mną kłócić. Uśmiechnęłam się do niego i pocałowałam go lekko. Wiedziałam, że poprawiło mu to trochę humor. Alan ruszył, a ja szłam za nim. Na chwilkę pochyliłam się, by dotknąć małego, cienkiego, srebrnego puginału, który wsunęłam jeden z moich kozaków. W mojej wizji widziałam, że z jakiegoś powodu może mi być potrzebny. Zrównałam kroku z Alanem i zobaczyłam Ortrosa, który również biegł za nami.
- Nienawidzę tej twojej cholernej upartości. - Westchnął, a ja cicho się zaśmiałam.
- Wiem, wiem. - Mruknęłam. - Gdzie idziemy? - Zapytałam.
- Już ci mówiłem. Musimy spotkać się z innymi łowcami. - Powiedział, łapiąc mnie za rękę.


(napisane: 01.11.2018
czas następnego opo 07.11.2018)